WIELKANOC W AZJI: FILIPIŃSKIE KRZYŻOWANIE

Wielkanoc Inaczej

   Pamiętasz ostatnią Wielkanoc? Podejrzewam, że święta te kojarzą Ci się raczej pozytywnie i pomimo, że przypominają one o męczeńskiej śmierci Jezusa, to bardziej są skoncentrowane na radosnym wydarzeniu, które według wierzących nastąpiło 3 dni po niej – zmartwychwstaniu. Dla Polskiego Katolika okres świąt Wielkanocnych to wizyta w kościele, święconka i śniadanie z rodziną, a dla młodszych zajączek wielkanocny i lany poniedziałek. Dla Filipińskich radykałów to coroczne, wielokrotne odtwarzanie męki Chrystusa poprzez masochistyczne, krwawe show. Filipiny ze względu na przepiękne wyspy, wulkany i plaże przyciągają z roku na rok co raz więcej turystów. Mało kto planujący urlop w tym tropikalnym raju uwzględnia w swoim planie zobaczenie na własne oczy ludzi przybijających się do krzyży. Dla nas jednak to właśnie był główny cel podróży. 

19.04.2019 Wielki Piątek

      Noc spędziliśmy w hotelu, który bez żadnej aranżacji świetnie nadał by się na scenerię horroru rozgrywającego się w jakimś starym, obskurnym psychiatryku. Blada zieleń pokrywająca ściany, sprawiała wrażenie jakby dusze obłąkanych były wciąż uwięzione w murach budynku. Nie zdziwiłoby mnie gdyby w którymś z sąsiednich pokoi jacyś amatorzy dwudziestowiecznej psychochirurgii nadal przeprowadzali lobotomię . Jednak to doświadczenie było niczym przy tym, co dopiero mieliśmy tego dnia zobaczyć.

19.04.2019 Wielki Piątek

Wielkanoc

      Noc spędziliśmy w hotelu, który bez żadnej aranżacji świetnie nadał by się na scenerię horroru rozgrywającego się w jakimś starym, obskurnym psychiatryku. Blada zieleń pokrywająca ściany, sprawiała wrażenie jakby dusze obłąkanych były wciąż uwięzione w murach budynku. Nie zdziwiłoby mnie gdyby w którymś z sąsiednich pokoi jacyś amatorzy dwudziestowiecznej psychochirurgii nadal przeprowadzali lobotomię . Jednak to doświadczenie było niczym przy tym, co dopiero mieliśmy tego dnia zobaczyć.

    Wysiedliśmy z tuk-tuka . Naszym oczom ukazał się znajomy widok: na przedzie śmiałek niosący wielki drewniany krzyż, a za nim grupa biczujących się fanatyków. Ociekający krwią pejcz rytmicznie uderzający o najszersze mięśnie grzbietu, twarz zakryta czarną płachtą, trzymanym przez niby cierniowa koronę – to atrybuty filipińskiego biczownika. Mieliśmy „przyjemność” widywać takich na ulicach San Fernando przez ostatnie 2 dni.  

Wielkanoc jak z horroru

    Gdy po raz pierwszy ujrzałem na ulicy człowieka z wydartym płatem skóry na plecach, zrobiło mi się naprawdę niedobrze. Od tamtej chwili zdążyłem już przywyknąć. Co jakiś czas niosący krzyż klękał, a biczownicy zatrzymywali się w miejscu, nie przerywając jednak chłostania. Mężczyzna uzbrojony w drewniane narzędzie naszpikowane kawałkami stłuczonego szkła, podchodził do każdego po kolei i nakłuwał mu plecy. Na ten moment biczownik zaniechał uderzeń, po to by po chwili kontynuować chłostę, jak mantrę powtarzając kolejne uderzenia. 

        Krwawy spektakl trwał w najlepsze, a świeża krew tryskała na wszystkie strony. Wciąż na moich ulubionych spodniach widnieją blado czerwone plamy. Gdzieś w tym zgiełku zagadał mnie nieznajomy chłopiec. Szliśmy rozmawiając i dotrzymując kroku procesji. Nagle podniosłem wzrok i omal nie dostałem okrwawionym biczem. Z naprzeciwka nacierała kolejna grupa męczenników.  „Droga krzyżowa dwukierunkowa” – pomyślałem. 

Niecodzienny festyn - niecodzienna wielkanoc

    Wyszliśmy zza zakrętu i w końcu naszym oczom okazał się niecodzienny widok. Na wzgórzu stały trzy wielkie drewniane krzyże w których stronę podążali okaleczeni męczennicy. Poza tym krajobraz jakby znajomy, do złudzenia coś przypominający… Dożynki! Festyn! Słodkości, jedzenie, ciuchy, pamiątki, telebimy, wielki baner sieci komórkowej informujący o darmowym Wi-Fi i chłopiec sprzedający watę cukrową. Brakowało tylko Zenka Martyniuka.

       Krzyżowanie miało się zacząć dopiero za kilka godzin, a my mieliśmy czas żeby zająć dobre miejsca. Niestety okazało się, że najlepsze punkt widokowy, najbliżej krzyży przeznaczony jest dla dziennikarzy. Chociaż z mediami nie mamy nic wspólnego, postanowiliśmy spróbować. Nasz zapał ugasił fotograf, mówiący że plakietkę medialną którą miał na szyi zaczął załatwiać już 3 tygodnie wcześniej. Zrezygnowani postanowiliśmy się przejść po „festynie”. Ania nawet kupiła sobie czapkę. Przechadzając się od budki do budki, próbując podłączyć się do darmowego Wi-Fi, w końcu dostrzegliśmy miejsce w którym dziennikarze wchodzący na strefę dla mediów musieli się zarejestrować.

– Jesteśmy podróżnikami z Polski. Będziemy robić prelekcje na temat krzyżowań w Polsce
– Jak się nazywa wasza firma?
– eeee… No nie mamy jeszcze firmy. Po prostu podróżujemy
– adres waszej strony internetowej?
– yyyy… strony też nie mamy. Alee… mamy instagramy ze zdjęciami z podróży!
– mogę zobaczyć?

     Wtedy pokazaliśmy na telefonie nasze instagramowe profile. Blyskawica21 i dobrychlopakk nie brzmią zbyt profesjonalnie, ale na szczęście Pani nie zna polskiego i udaje nam się dostać plakietki! Chyba Ani instagram bardziej się pani spodobał bo na mojej plakietce było napisane „pracuje dla: Blyskawica21”.  Wreszcie udaję nam się wejść na strefę dla dziennikarzy.  

Najgorsze jeszcze przed nami

     Z godziny na godzinę pojawia się co raz więcej gapiów. W tym czasie biczowników nie ubywa, co chwile pod krzyże dochodzą kolejni. U celu padają na ziemię, a osoby które towarzyszyły im w drodze (w tym dzieci!), przejmują od nich pejcze nie  szczędząc kolejnych ciosów. Czas w 35 stopniowym upale płynie bardzo wolno, jest bardzo duszno. Ktoś z ekipy filmowej na dźwigu zasłabł i podjęto akcje ratunkową. Zaczynamy się niecierpliwić, ale w końcu coś zaczyna się dziać się. Pod krzyż podjeżdża Rzymski żołnierz na białym koniu.

Biblijne przedstawienie

    Z głośników rozlega się płacz. Nie wiemy co się dzieje ale już po chwili w oddali za tłumem gapiów dostrzegamy zrozpaczoną Maryję i Jezusa niosącego krzyż. Wraz z otaczającymi ich żołnierzami odgrywają drogę krzyżową.

   Jezus upada, a Maryja płacze i przeciera mu twarz chustą na której to niby odbija się jego podobizna.

    W końcu umęczony Jezus spotyka swoje przeznaczenie, zostaje przybity do uprzednio położonego krzyża i wyniesiony ku niebu. Oglądanie wbijania gwoździ w dłonie i stopy krzyżowanego nawet z daleka powodowało mdłości, a towarzyszący temu przeraźliwy krzyk wcale nie rozluźniał atmosfery. Ale spokojnie, Jezus na krzyżu stoi na podeście, więc gwoździe przeszywające mu tkanki nie utrzymują ciężaru całego ciała. Mimo to ukrzyżowany przeżywa potworny ból, co można wywnioskować po nieustających jękach. Towarzystwo „wiszące” na bocznych krzyżach raczej nie przynosi ulgi, tym bardziej, ze w przeciwieństwie do aktora odgrywającego Jezusa, nie są oni naprawdę przybici, a jedynie przywiązani. 

5 minut i po krzyku...

    Po kilku minutach takiego wiszenia Jezus jest ściągamy z krzyża i zabierany na noszach przez ratowników prosto do karetki. Czy to już koniec przedstawienia? Przestawienia owszem, koniec, ale teraz czas na ochotników. Oprócz dwóch śmiałków na bocznych krzyżach, którzy tym razem też dali się przygwoździć, do środkowego krzyża jako kolejna przybijana jest starsza pani. Widok staruszki na tak okrutnym tle jest jeszcze bardziej frustrujący. Krzyczy wniebogłosy, ale po wzniesieniu krzyża na jej twarzy widać ulgę i spokój. Dlaczego? Tubylcy wierzą, że taki wyczyn odkupi ich grzechy oraz zapewni rodzinie Bożą opatrzność i odpędzi choroby. Dlatego niektórzy krzyżują się kilka razy w życiu, a są tacy, co powtarzają ten rytuał co roku.

Słowo na zakończenie

    Zdumiewające jak różnić się może obchodzenie tych samych świąt oraz jak szerokie spektrum wierzeń, interpretacji i zachowań możemy spotkać w obrębie jednej religii. Tak, jednej religii, bo zdecydowana większość Filipińczyków to Katolicy. Jednak tylko nieliczni chłostają się i przebijają do krzyży. Co na ten temat sądzi reszta? Chociaż całe wydarzenie nie jest popieranie przez Kościół, to nie wszyscy uważają, że to co się dzieje w czasie wielkiego tygodnia to szaleństwo. Część twierdzi, że gdyby mieli wystarczająco odwagi to sami by to robili. Dla obserwatora z zewnątrz jest to niezwykle intensywne i męczące widowisko, rodzące wiele pytań o sens i granicę tego, co zaślepiony wiarą człowiek jest w stanie zrobić. Ocenę jednak pozostawiam czytelnikowi, ale jedno jest pewne – to była najbardziej intensywna wielkanoc w naszym życiu.

Zapisz się do newslettera żeby nie ominąć najnowszych wpisów!

Obejrzyj także najnowszy film na naszym kanale, który niejako jest dodatkiem do powyższego artykułu

5/5
5/5

komentarze 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Lobotomia przedczołowa, zwana także lobotomią lub leukotomią przedczołową – zabieg neurochirurgiczny polegający na przecięciu połączeń kory przedczołowej z innymi strukturami mózgowia, poprzez wbicie narzędzia przypominającego szpikulec do kruszenia lodu przez oczodół lub przez otwory wywiercone w czaszce chorej osoby. Jedna z metod leczenia chorych na schizofrenię i inne ciężkie choroby psychiczne.


Dr Walter Freeman (po lewej)
i dr James W. Watts przygotowujący się
do zabiegu lobotomii

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lobotomia

Lobotomia przedczołowa, zwana także lobotomią lub leukotomią przedczołową – zabieg neurochirurgiczny polegający na przecięciu połączeń kory przedczołowej z innymi strukturami mózgowia, poprzez wbicie narzędzia przypominającego szpikulec do kruszenia lodu przez oczodół lub przez otwory wywiercone w czaszce chorej osoby. Jedna z metod leczenia chorych na schizofrenię i inne ciężkie choroby psychiczne.


Dr Walter Freeman (po lewej)
i dr James W. Watts przygotowujący się
do zabiegu lobotomii

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lobotomia